Aleksandra Kaleta - komiksy, fotografia, projekty, filmy, ilustracje
środa, 9 maja 2012
niedziela, 1 kwietnia 2012
Kolory - chwyty na gitarę ;)
Kolory chwyty
Błękit jest otchłanią i nadzieją A D E A (A DE A)
W nocy jest przepaścią w ciągu dnia jest niebem A D E A (A DE A)
Błękit jest wolnością błękit jest przestrzenią A D E A (A DE A)
Błękit jest sukienką, w której widzę ciebie A D E A (A DE A)
Uuu......Tym jest błękit D A E A
Uuu......Tym dla mnie jest D A E A /x2
Czerwień jest żywiołem ogniem i wulkanem A D E A (A DE A)
Czerwień jest pustynią rozpaloną żarem A D E A (A DE A)
W nocy jest zazdrością, co blednie nad ranem A D E A (A DE A)
Czerwień jest miłością ponad ludzką miarę A D E A (A DE A)
Uuu......Tym jest czerwień D A E A
Uuu......Tym dla mnie jest D A E A / x2
Taka też jest miłość - dzika i szalona fis D
Raz jest taka zimna a raz rozpalona fis D
Kiedy po słońcu wspomnienia zostaną fis D
Poczujesz zimny wiatr i chłód oceanu E (A D E A)
http://www.jaktozagrac.pl/tag/kolory-chwyty.html
W nocy jest przepaścią w ciągu dnia jest niebem A D E A (A DE A)
Błękit jest wolnością błękit jest przestrzenią A D E A (A DE A)
Błękit jest sukienką, w której widzę ciebie A D E A (A DE A)
Uuu......Tym jest błękit D A E A
Uuu......Tym dla mnie jest D A E A /x2
Czerwień jest żywiołem ogniem i wulkanem A D E A (A DE A)
Czerwień jest pustynią rozpaloną żarem A D E A (A DE A)
W nocy jest zazdrością, co blednie nad ranem A D E A (A DE A)
Czerwień jest miłością ponad ludzką miarę A D E A (A DE A)
Uuu......Tym jest czerwień D A E A
Uuu......Tym dla mnie jest D A E A / x2
Taka też jest miłość - dzika i szalona fis D
Raz jest taka zimna a raz rozpalona fis D
Kiedy po słońcu wspomnienia zostaną fis D
Poczujesz zimny wiatr i chłód oceanu E (A D E A)
http://www.jaktozagrac.pl/tag/kolory-chwyty.html
poniedziałek, 27 lutego 2012
sobota, 18 lutego 2012
Stare chrześcijańskie legendy. Pozytywne zakończenie wbrew wybranym wcześniej smutnym legendom ludowym z ziem polskich. Przedstawię tamte ku przestrodze, ale dopiero po tych chrześcijańskich. Także musiecie poczekać.
Legenda o Św. Krzysztofie:
http://www.apostol.pl/czytelnia/legendy-chrzescijanskie/najmocniejszy
Legenda o Św. Graalu i cudownym ocaleniu Józefa z Arymatei:
http://www.apostol.pl/czytelnia/legendy-chrzescijanskie/%C5%9Bwi%C4%99ty-graal
Legenda "Kaganek, osiołek, anioł i wiele innych rzeczy":
Linki i teksty opowiadań pochodzą ze strony portalu młodzieżowego "Apostoł".
http://www.apostol.pl/czytelnia/legendy-chrzescijanskie/najmocniejszy
Legenda o Św. Graalu i cudownym ocaleniu Józefa z Arymatei:
http://www.apostol.pl/czytelnia/legendy-chrzescijanskie/%C5%9Bwi%C4%99ty-graal
Legenda "Kaganek, osiołek, anioł i wiele innych rzeczy":
Anioł, który czuwał, niewidoczny,
nad Świętą Rodziną, zasnął. Nie ma rady, może się to przytrafić każdemu,
stróżom nocnym, apostołom, a nawet aniołom. Co więcej, dzień był
doprawdy męczący przez tę wizytę Trzech Króli. Lecz w środku nocy jakaś
belka w małej stajence skrzypnęła tak głośno, że anioł zerwał się.
Cóż za obrzydliwy zapach! Co za smród! Anioł już chwycił za swój róg alarmowy, by wezwać na pomoc kolegów z góry, lecz było to niepotrzebne, nie chodziło zgoła o diabła. Uniósł rękę do prawego oka i spojrzał w dal przez zwiniętą dłoń. A więc tu jest pies pogrzebany! Były to nikczemne myśli króla Heroda! Ulatywały z jego głowy jak para z gotującego się garnka. Anioł otrząsnął się z przerażenia i odrazy, i pomachał skrzydłami, żeby rozproszyć cuchnącą woń. Ale trzeba ostrzec świętego Józefa.
Anioł przetarł oczy, żeby odpędzić senność, potrząsnął swoimi złotymi puklami, wyjął z torby podróżnej srebrną kapę, założył ją na siebie, stanął po anielsku na baczność i w tej postawie ukazał się we śnie świętemu Józefowi. Albowiem święty Józef jest sprawiedliwym i dla niego także aniołowie przywdziewają strój galowy. Święty Józef, zupełnie spokojny, spał głęboko, tonąc w miłym ciepełku swojej białej brody. Serce miał przepełnione radością i światłem z powodu darów, jakie Trzej Królowie złożyli Dzieciątku Jezus. Ale co taki biedak jak on zrobi z całym tym złotem? Posłał je przełożonemu synagogi w Betlejem. I w środku tego snu utkanego ze złota i chwały błysnął nagle okryty srebrem anioł, przemawiający głosem, który zdawał się mówić odległym echem organów:
- Uciekaj, uciekaj! Król Herod chce zabić Dzieciątko, naszego Pana!
Święty Józef obudził się. "To tylko sen" - podszepnął mu sen, starając się opuścić jego powieki, ale święty Józef wiedział z własnego doświadczenia, że nie można snów lekceważyć ani pozwolić, by przemknęły niepostrzeżenie, więc z uporem trzymał oczy otwarte; wstał i zapalił kaganek. Dzieciątku grozi niebezpieczeństwo, trzeba się spieszyć, a jednocześnie mieć się na baczności, bo Dzieciątko i Matka byli stworzeniami kruchymi i delikatnymi...
Kaganek rzucał światło, zwyczajne ubożuchne światełko, jakie rzucają kaganki, lecz kiedy spostrzegł, że święty Józef niesie go w stronę Maryi, podsycił płomień jak tylko mógł, gdyż widział Najświętszą Pannę raz tylko, w Boże Narodzenie. I jakże wtedy starał się rozpraszać mroki! Napełnił światłem całą stajenkę (Kaganek to poczciwe stworzenie, ale niezbyt rozgarnięte. Nie spostrzegł nawet, biedaczysko, że całe to światło pochodziło od aniołów). Także teraz chciał zrobić tyle światła, ile tamtej nocy, i zaczął pochłaniać oliwę wielkimi łykami, nadął się, jak tylko mógł, starał się ze wszystkich sił, ale osiągnął tyle tylko, że płomyk stał się wielkości jajka.
- Coś nie w porządku z tą oliwą - pomyślał.
- Nie - odparła oliwa - to przez knot.
- Nic podobnego - rzekł knot - to musi być płomień. - Wcale nie - zaprzeczył płomień - to wszystko wina kaganka.
Kiedy kaganek wiódł spór z samym sobą, ale ciągle starając się zobaczyć jak najwięcej, święty Józef był całkiem zadowolony, gdyż tej nocy kaganek płonął dobrze i dawał piękne światło. Maryja leżała sobie na wiązce słomy i trzymała na podołku Dzieciątko. Słoma otulała ją z miłością. Święty Józef zbliżył się na palcach, by Jej nie przestraszyć, musnął nieśmiało Jej ramię palcem wskazującym i rzekł półgłosem:
- Maryjo!
W ten sposób jeszcze nikogo się nie zbudziło! - pomyślała noc. Lecz Maryja była jak kryształowy kielich, który wystarczy dotknąć, by dobyć z niego harmonijny dźwięk.
- Cóż się stało, Józefie? - spytała.
Wielkie, przesłodkie oczy lśniły niby dwie gwiazdy w małej, pobladłej twarzyczce. Kaganek patrzył w zachwyceniu, zapominając nawet o podsycaniu płomienia. Także pani noc w swoim płaszczu z czarnego aksamitu, na widok tych otwartych oczu, przez które widać było duszę i niebo, ze zdumienia nie poruszyła ani jedną z gwiazd na swojej sukni, gdyż zazwyczaj widziała Maryję tylko śpiącą, z zamkniętymi oczyma.
- Posłuchaj no, palioliwo - powiedziała noc kagankowi tonem pogardliwym - nie skąp tak oliwy, niechże i ja zobaczę lepiej naszą piękną Panią.
- A czemuż to raczej, moja pani, nie dobędziesz na wierzch tej swojej mlecznej patelni - odpowiedział kaganek nieco urażony.
Ale nocy jedynie w niektóre określone dni wolno pokazywać srebrzysty miesiąc. I oto, żeby lepiej widzieć, potrząsnęła swoim czarnym płaszczem i nagle całe niebo było usiane gwiazdami, które błyszczały jak diamenty. Oblicze Najświętszej Panny oblało światło.
- Tylko spójrzcie, ile światła dałem! - rzekł z dumą kaganek. Ale noc była tak głęboko pogrążona w uwielbieniu, że na- wet go nie usłyszała.
- Musimy uciekać... - rzekł święty Józef. - Ukazał mi się we śnie anioł... Król Herod chce zabić Dzieciątko.
Wielkie oczy stały się jeszcze większe z trwogi, potem powolutku zamknęły się, a blada twarzyczka Maryi pochyliła się z pokorą. Stajenka z przerażenia i strachu skrzypiała wszystkimi złączeniami. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, i w końcu skamieniała. Z wielkim bólem patrzyła, jak święty Józef pomaga Maryi wstać, odszukać odzienie, zawiązać tobołek, rozejrzeć się uważnie raz jeszcze, a potem wychodzi z Maryją i Dzieciątkiem w towarzystwie kaganka i wygwieżdżonej nocy. Stajenka z przerażenia zwaliła się z lekkim trzaskiem. Na dworze panowała właśnie taka ciemność, jakiej potrzeba do ucieczki. Kaganek oświetlał kawałeczek drogi, pokazywał kałuże, ujawniał kamienie, o które można by się było potknąć, a noc swoimi gwiazdami wskazywała kierunek północny. Jednak Maryja była strapiona i wykrzyknęła:
- Ach, Józefie, gdybyż to chociaż był dzień! - Takie jest matczyne serce, pełne niecierpliwości, zawsze chciałoby uprzedzić czas.
- Już się robi! - ozwał się kogut w kurniku, przed którym właśnie przechodzili, i zapiał na pobudkę ze wszystkich sił. Nigdy w życiu nie wkładał w swój śpiew tyle wigoru.
- Czyś oszalał? - wykrzyknęła hardo noc. - Jeszcze minie jakiś czas zanim skończę moją wędrówkę! - Ale kogut odpowiedział tonem, w którym brzmiała wielka pewność siebie, jakby czuł się równy tej wielkiej damie:
- Może chcesz, żeby nasz Pan skończył w rowie z miłości do ciebie? - I znowu wypiął pierś, zamknął oczy i zaśpiewał raz jeszcze, ale nie było to już potrzebne. Na wschodzie ciemności nagle rozrzedziły się i złoto rozpryskało po całym niebie iskry i skrzące się strzępki, a słońce, sapiąc z wysiłku, wstało, by oświetlić ziemię.
Zbrakło mu tchu, gdyż musiało przebyć dwie wielkie krainy, które teraz pogrążyły się w mroku. A nie było to byle co, lecz rzecz trudna, prawie tak samo trudna, jak tego wieczoru, kiedy z rozkazu Jozuego musiało zatrzymać się na niebie. Lecz to nieważne, chodzi wszak o służbę Panu! Wśród ludzi powstało jednak wielkie zamieszanie.
- Co się stało? - zdumiał się wieśniak z folwarku w Brakenhof. Jego zegar wskazywał trzecią, a już było jasno, choć przecież to luty. Oczywiście cała wina spada na zegar, który nie został należycie wyregulowany. Więc wieśniak wstał i ruszył do pracy. Niektórzy spośród nocnych Marków, co wytrwali jeszcze w kompanii popijając piwo, przestraszyli się widząc, że noc minęła tak szybko, i zaczęli przyganiać szynkareczce, mówiąc, iż cofnęła wskazówki zegara. Kupcy, którzy chcąc wyruszyć o siódmej nastawili budziki na szóstą, obudzili się nagle, widząc, że jest jasno, wyskoczyli czym prędzej z łoża i pobiegli do dyliżansu ani nawet myśląc o śniadaniu. Dyliżansu jeszcze nie było.
- Musiałem zapomnieć o nakręceniu zegara - rzekł woźnica.
Na dworze króla Heroda słudzy biegali we wszystkie strony. Na początek zwolniony został główny kontroler zegarów dworskich. Natomiast dowódcy wojska zmyto uroczyście głowę, gdyż nie wyruszył natychmiast, jeszcze w nocy do Betlejem, by dokonać tam straszliwej rzezi niewiniątek. Wreszcie oddział zaczął maszerować, miasteczko zostało otoczone i na sygnał trąbki żołnierze niby wilki rzucili się do domów, wyrywali dzieci z rąk matek i zabijali sztyletami i mieczami.
- Została jeszcze ta mała stajenka! - krzyknął dowódca.
Ale jaki zawód ich spotkał, kiedy tam dotarli. Szopka zawaliła się całkowicie, a jeden wieśniak mieszkający w pobliżu rzekł:
- Ludzie, którzy tam byli, musieli uciec. Wczoraj przyszli Trzej Królowie, by złożyć pokłon Dziecięciu.
Dowódca, nie panując nad sobą z gniewu, wykrzyknął:
- Ale w takim razie Dzieciątko było właśnie tym nowym Królem, którego mieliśmy zabić. Naprzód, za nimi! Pewien sprytny oficer pokazał mu na miękkiej ziemi odciski stóp Maryi i Józefa.
- Tym śladem trzeba iść. Za godzinę będą w naszych rękach! Żywcem dostarczymy nowego Króla królowi Herodowi, żeby własnoręcznie mógł mu skręcić kark!
Konie ruszyły galopem, trzymając się śladów.
Musimy pamiętać, że Anioł Stróż szedł niewidzialny za Świętą Rodziną. Anioł ów zajmował się światłem, wiatrem, baczył na chmury i co jakiś czas przykładał zwiniętą dłoń do oczu, by zbadać, czy nie grozi jakieś niebezpieczeństwo. O kaganku nie ma już nic więcej do powiedzenia, poza tym, że zgasł ze wstydu ledwie ujrzawszy promieniste oblicze słońca. A noc zrzuciła czym prędzej swój czarny płaszcz, tak że nikt już nie mógł jej zobaczyć.
Józef i Maryja szli szybko swoją drogą. Józef niósł Dzieciątko, niósł wszystko, swoje narzędzia, tobołek z pieluszkami, troski i myśli, a Maryja opierała się na jego ramieniu.
- Taka jestem zmęczona - rzekła.
- Zaraz trochę odpoczniemy - odpowiedział Józef.
Mieli właśnie przysiąść na pniu, kiedy jakiś chrapliwy okrzyk sprawił, że Maryja zerwała się na równe nogi z przerażenia. Rozejrzeli się dokoła. Na pobliskiej łące pasł się i ryczał osioł, tak że robił wrażenie zardzewiałej pompy.
- Gdybyśmy mieli osiołka! - szepnął święty Józef. I oto nagle osioł przebrnął ociężale strumyk i przez nikogo nie proszony zbliżył się do nich. Prawdę mówiąc niezupełnie nie proszony, gdyż niewidzialny Anioł Stróż podszedł do niego na łące i szepnął mu do ucha:
- Nie upieraj się, osiołku, chodzi o naszego Pana. - I dokładnie opowiedział mu wszystko, co się przydarzyło, zalecając, by sprawował się dobrze, jak przystało na stworzenie dobrze wychowane, i obiecując, że zasłuży sobie na dobre imię w świętych księgach.
- Czy stanę się równie piękny jak koń? - spytał żywo osiołek.
- To nie - odparł anioł - tego, co raz zostało już stworzone, nie można zmienić, lecz twoje imię będzie bardziej szanowane niż imię najlepszego konia, gdyż zostaniesz nazwany konikiem Bożym.
- Co mi tam po imieniu - rzekł osiołek. - Wolałbym być koniem bez imienia niż osłem z dobrym imieniem. Chętnie uczynię to, o co mnie prosisz, ale tylko z wdzięczności wobec Pana Boga, a jeśli niczego nie można zmienić, zadowolę się tym, że zostanę osiołkiem bez imienia. Anioł zaprowadził osła do świętego Józefa, który pogłaskał mu przyjaźnie łeb między oczami.
- Dobre zwierzę - powiedział. - Ach, gdybyśmy mieli takie bydlę. Osiołek spojrzał na Dzieciątko, które patrząc błękitnymi oczętami bawiło się w ramionach Maryi okryte cieniem wielkiego płaszcza z kapturem.
- Więc to jest Pan Bóg, który stworzył wszystkie rzeczy i przyszedł, żeby zbawić ludzkość? - pomyślał osiołek nieco rozczarowany.
- Jeszcze jedna rzecz, której nie pojmuję ni w ząb - ciągnął w myślach. - Co jeszcze wymyśli człowiek? Jest już panem koni i osłów. Czyż nie lepiej byłoby, żeby Pan przyszedł zbawić osły? Naturalnie nie pojmuję tego, gdyż jestem właśnie osłem. Gdybym był koniem, wszystko wydałoby mi się jasne.
Tak to osiołek medytował nad wieloma jeszcze innymi sprawami, ale ponieważ nie mógł niczego pojąć, przestał wytężać umysł i zaczął szukać ostów w pobliżu zwalonego drzewa. Znalazł piękne nawet, twarde i soczyste, nadające się do zjedzenia razem z korzeniami.
- Chodź, Maryjo, może poszlibyśmy dalej?
Maryja westchnęła, oparła się na ramieniu Józefa i podjęli poranny marsz w blasku promieni słonecznych, chłodnych jeszcze, ale już świetlistych. I oto osiołek ruszył wraz z nimi obok świętego Józefa.
- Idź, idź sobie, poczciwy bydlaku - rzekł starzec. - Wracaj na swoją łąkę. Nie jesteś nasz.
Nic z tego, osiołek szedł za nimi. Święty Józef wygłosił mu jeszcze kazanie o niewierności i uporze, ale ponieważ to także do niczego nie doprowadziło, rzekł w końcu:
- No dobrze. Jeśli koniecznie chcesz pójść z nami, nie mogę ci w tym przeszkodzić, ale umywam ręce i mam czyste sumienie. Jeśli kiedyś zdołamy tu wrócić, załatwię sprawę z właścicielem. A zwróciwszy się do Maryi, rzekł:
- Sam Bóg przysłał nam tego poczciwego osiołka, więc wsiądź na niego.
Stała się rzecz dziwna, osiołek zgiął kolana, by łatwiej było usiąść na jego grzbiecie, a potem ruszył ze swoim świętym brzemieniem krokiem tak szybkim, że święty Józef musiał się namęczyć, żeby dotrzymać mu kroku. Ale myślał sobie z zadowoleniem:
- Teraz już z pewnością Herod nie zdoła nas doścignąć! Anioł jednak nie osłabiał czujności i, kiedy tak patrzył w dal, usłyszał nagle kroki zbliżających się żołnierzy Heroda. Przez chwilę polatywał to tu to tam jak zraniony ptak, niepewny, co czynić. Wtenczas wyleciał mu na spotkanie inny anioł, anioł dobrej myśli. Aniołowie latają sobie bowiem w wielkiej liczbie, niby motyle nad łąką, a każdy ma swoje imię i swoje obowiązki.
- O Światło Niebiańskie! - wykrzyknął Anioł Stróż. - Nasz Pan Bóg jest w niebezpieczeństwie. Ściga Go Herod! Co mam czynić?
- Wezwij rozsypywaczy śniegu, o Srebrzysty Wartowniku - rzekł Światło Niebiańskie i poleciał do jakiegoś artysty albo proroka.
Wtenczas Srebrzysty Wartownik zadął w swój róg. Rozsypywacze śniegu, nader zajęci sporządzaniem nowych kryształowych gwiazdek, od razu pojęli, w czym rzecz. Niektórzy z nich wywinęli koziołka, a znalazłszy się na dole, wymienili parę słów z Aniołem Stróżem i szybciutko wzbili się z powrotem do nieba. W mgnieniu oka zagęściły się na północy czarne chmury, słońce znikło, światło stało się posępne i szare, i wielkimi płatkami spadł na ziemię śnieg. Łatwo sobie wyobrazić, w jaką wściekłość wpadł dowódca wojska. Odciski stóp zniknęły pod śniegiem i na rozstajach musiał zatrzymać się, zbity z pantałyku. Posłał swoich żołnierzy we wszystkich kierunkach, a sam przez czysty przypadek wybrał z oddziałem drogę właściwą.
Kiedy Anioł Stróż pojął, jakie niebezpieczeństwo nad Nimi zawisło, zaczął latać z niepokojem to tu, to tam. Cóż począć teraz. Spostrzegł nagle wielkie drzewo o wypróchniałym pniu i z gniazdem sroczym wśród gałęzi. A gdyby tak ukryć Świętą Rodzinę w zagłębieniu pnia i rozwiesić z przodu wielką pajęczynę, jak czyta się często w starych opowieściach? Ale mogło się zdarzyć, że dowódca wojska też zna te opowieści i nie da się zwieść.
- Drzewo, drzewo moje kochane, pomóż nam! - wykrzykną Srebrzysty Wartownik.
I oto zerwał się mocny wiatr, tak że drzewo przygięło się do samej ziemi i trwało mocno w tej pozycji. Albo właściwie to anioł przytrzymał je ze wszystkich sił. Wtenczas Światło Niebiańskie natchnął świętego Józefa, by ten powziął zbawczą myśl.
- Maryjo, wejdź do gniazda!
I od razu gniazdo stało się wielkie jak tron. Maryja usiadła w nim z Dzieciątkiem, a święty Józef zajął miejsce obok.
- Wejdź, osiołku - rzekł anioł - starczy miejsca i dla ciebie.
- Hę, hę - odparł ze śmiechem osioł. - Chcecie wystawić mnie na pośmiewisko! Skoro nie mogę stać się koniem, nie chcę też siedzieć na drzewie jak ptak.
Wtedy anioł puścił koronę drzewa, które powoli wyprostowało się. Wkrótce potem nadciągnęli żołnierze.
- Z koni! - rozkazał dowódca podoficerowi. - A obejrzyjcie dokładnie wydrążony pień i zobaczcie, czy przypadkiem nie ma z przodu pajęczyny!
- Nikogo! - wykrzyknął podoficer. - Jest tylko osioł, który pokazuje nam ogon.
- Przeklęty osioł! - mruknął dowódca pod nosem.
Zarówno osioł, jak żołnierz poczuli się urażeni. Podoficer wskazał kapitanowi wielkie gniazdo.
- Przeklęte gniazdo! - ryknął dowódca i dosiadłszy koni ruszyli dalej.
Śnieg przestał padać. Chmury się rozproszyły i na zachodzie słońce zaczęło chylić się nad widnokręgiem niby wielka kula ognia.
- Maryjo - powiedział Józef, wskazując na błękitny skrawek pod słońcem - tam jest morze. Jutro znajdziemy jakiś okręt.
I znowu pojawiła się noc w swoim płaszczu z gwiazd, które lśniły jak nigdy dotąd. Józef i Maryja pozostali spokojnie w ciepłym gnieździe. Osioł dla zabicia czasu na zmianę wtykał łeb albo zadek w zagłębienie w drzewie, by ogrzać się ze wszystkich stron.
Wcześnie rano drzewo pochyliło się znowu ku ziemi i wszyscy poszli ścieżką wśród pól, aż dotarli do morza. Morze tworzyło na brzegu cudowne koronki, jakich nie ma nawet w Brugii. Na piasku leżały muszle niby wielobarwne kwiaty. Naturalnie znalazła się tam barka z przewoźnikiem, który choć kudłaty i spalony od słońca, był może także przebranym aniołem i oznajmił, że gotów jest przewieźć ich na drugi brzeg. Mały stateczek wypłynął na morze. Byli uratowani! Osiołek został na brzegu i patrzył, gdyż nie chciał wejść za nic w świecie do łodzi. Wrócił mu jego zwykły upór. Ale tak to już jest, w przeciwnym przypadku bowiem nie byłby osłem! Patrzył, jak się oddalają i pożegnał ich machaniem ogona.
Cóż za obrzydliwy zapach! Co za smród! Anioł już chwycił za swój róg alarmowy, by wezwać na pomoc kolegów z góry, lecz było to niepotrzebne, nie chodziło zgoła o diabła. Uniósł rękę do prawego oka i spojrzał w dal przez zwiniętą dłoń. A więc tu jest pies pogrzebany! Były to nikczemne myśli króla Heroda! Ulatywały z jego głowy jak para z gotującego się garnka. Anioł otrząsnął się z przerażenia i odrazy, i pomachał skrzydłami, żeby rozproszyć cuchnącą woń. Ale trzeba ostrzec świętego Józefa.
Anioł przetarł oczy, żeby odpędzić senność, potrząsnął swoimi złotymi puklami, wyjął z torby podróżnej srebrną kapę, założył ją na siebie, stanął po anielsku na baczność i w tej postawie ukazał się we śnie świętemu Józefowi. Albowiem święty Józef jest sprawiedliwym i dla niego także aniołowie przywdziewają strój galowy. Święty Józef, zupełnie spokojny, spał głęboko, tonąc w miłym ciepełku swojej białej brody. Serce miał przepełnione radością i światłem z powodu darów, jakie Trzej Królowie złożyli Dzieciątku Jezus. Ale co taki biedak jak on zrobi z całym tym złotem? Posłał je przełożonemu synagogi w Betlejem. I w środku tego snu utkanego ze złota i chwały błysnął nagle okryty srebrem anioł, przemawiający głosem, który zdawał się mówić odległym echem organów:
- Uciekaj, uciekaj! Król Herod chce zabić Dzieciątko, naszego Pana!
Święty Józef obudził się. "To tylko sen" - podszepnął mu sen, starając się opuścić jego powieki, ale święty Józef wiedział z własnego doświadczenia, że nie można snów lekceważyć ani pozwolić, by przemknęły niepostrzeżenie, więc z uporem trzymał oczy otwarte; wstał i zapalił kaganek. Dzieciątku grozi niebezpieczeństwo, trzeba się spieszyć, a jednocześnie mieć się na baczności, bo Dzieciątko i Matka byli stworzeniami kruchymi i delikatnymi...
Kaganek rzucał światło, zwyczajne ubożuchne światełko, jakie rzucają kaganki, lecz kiedy spostrzegł, że święty Józef niesie go w stronę Maryi, podsycił płomień jak tylko mógł, gdyż widział Najświętszą Pannę raz tylko, w Boże Narodzenie. I jakże wtedy starał się rozpraszać mroki! Napełnił światłem całą stajenkę (Kaganek to poczciwe stworzenie, ale niezbyt rozgarnięte. Nie spostrzegł nawet, biedaczysko, że całe to światło pochodziło od aniołów). Także teraz chciał zrobić tyle światła, ile tamtej nocy, i zaczął pochłaniać oliwę wielkimi łykami, nadął się, jak tylko mógł, starał się ze wszystkich sił, ale osiągnął tyle tylko, że płomyk stał się wielkości jajka.
- Coś nie w porządku z tą oliwą - pomyślał.
- Nie - odparła oliwa - to przez knot.
- Nic podobnego - rzekł knot - to musi być płomień. - Wcale nie - zaprzeczył płomień - to wszystko wina kaganka.
Kiedy kaganek wiódł spór z samym sobą, ale ciągle starając się zobaczyć jak najwięcej, święty Józef był całkiem zadowolony, gdyż tej nocy kaganek płonął dobrze i dawał piękne światło. Maryja leżała sobie na wiązce słomy i trzymała na podołku Dzieciątko. Słoma otulała ją z miłością. Święty Józef zbliżył się na palcach, by Jej nie przestraszyć, musnął nieśmiało Jej ramię palcem wskazującym i rzekł półgłosem:
- Maryjo!
W ten sposób jeszcze nikogo się nie zbudziło! - pomyślała noc. Lecz Maryja była jak kryształowy kielich, który wystarczy dotknąć, by dobyć z niego harmonijny dźwięk.
- Cóż się stało, Józefie? - spytała.
Wielkie, przesłodkie oczy lśniły niby dwie gwiazdy w małej, pobladłej twarzyczce. Kaganek patrzył w zachwyceniu, zapominając nawet o podsycaniu płomienia. Także pani noc w swoim płaszczu z czarnego aksamitu, na widok tych otwartych oczu, przez które widać było duszę i niebo, ze zdumienia nie poruszyła ani jedną z gwiazd na swojej sukni, gdyż zazwyczaj widziała Maryję tylko śpiącą, z zamkniętymi oczyma.
- Posłuchaj no, palioliwo - powiedziała noc kagankowi tonem pogardliwym - nie skąp tak oliwy, niechże i ja zobaczę lepiej naszą piękną Panią.
- A czemuż to raczej, moja pani, nie dobędziesz na wierzch tej swojej mlecznej patelni - odpowiedział kaganek nieco urażony.
Ale nocy jedynie w niektóre określone dni wolno pokazywać srebrzysty miesiąc. I oto, żeby lepiej widzieć, potrząsnęła swoim czarnym płaszczem i nagle całe niebo było usiane gwiazdami, które błyszczały jak diamenty. Oblicze Najświętszej Panny oblało światło.
- Tylko spójrzcie, ile światła dałem! - rzekł z dumą kaganek. Ale noc była tak głęboko pogrążona w uwielbieniu, że na- wet go nie usłyszała.
- Musimy uciekać... - rzekł święty Józef. - Ukazał mi się we śnie anioł... Król Herod chce zabić Dzieciątko.
Wielkie oczy stały się jeszcze większe z trwogi, potem powolutku zamknęły się, a blada twarzyczka Maryi pochyliła się z pokorą. Stajenka z przerażenia i strachu skrzypiała wszystkimi złączeniami. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, i w końcu skamieniała. Z wielkim bólem patrzyła, jak święty Józef pomaga Maryi wstać, odszukać odzienie, zawiązać tobołek, rozejrzeć się uważnie raz jeszcze, a potem wychodzi z Maryją i Dzieciątkiem w towarzystwie kaganka i wygwieżdżonej nocy. Stajenka z przerażenia zwaliła się z lekkim trzaskiem. Na dworze panowała właśnie taka ciemność, jakiej potrzeba do ucieczki. Kaganek oświetlał kawałeczek drogi, pokazywał kałuże, ujawniał kamienie, o które można by się było potknąć, a noc swoimi gwiazdami wskazywała kierunek północny. Jednak Maryja była strapiona i wykrzyknęła:
- Ach, Józefie, gdybyż to chociaż był dzień! - Takie jest matczyne serce, pełne niecierpliwości, zawsze chciałoby uprzedzić czas.
- Już się robi! - ozwał się kogut w kurniku, przed którym właśnie przechodzili, i zapiał na pobudkę ze wszystkich sił. Nigdy w życiu nie wkładał w swój śpiew tyle wigoru.
- Czyś oszalał? - wykrzyknęła hardo noc. - Jeszcze minie jakiś czas zanim skończę moją wędrówkę! - Ale kogut odpowiedział tonem, w którym brzmiała wielka pewność siebie, jakby czuł się równy tej wielkiej damie:
- Może chcesz, żeby nasz Pan skończył w rowie z miłości do ciebie? - I znowu wypiął pierś, zamknął oczy i zaśpiewał raz jeszcze, ale nie było to już potrzebne. Na wschodzie ciemności nagle rozrzedziły się i złoto rozpryskało po całym niebie iskry i skrzące się strzępki, a słońce, sapiąc z wysiłku, wstało, by oświetlić ziemię.
Zbrakło mu tchu, gdyż musiało przebyć dwie wielkie krainy, które teraz pogrążyły się w mroku. A nie było to byle co, lecz rzecz trudna, prawie tak samo trudna, jak tego wieczoru, kiedy z rozkazu Jozuego musiało zatrzymać się na niebie. Lecz to nieważne, chodzi wszak o służbę Panu! Wśród ludzi powstało jednak wielkie zamieszanie.
- Co się stało? - zdumiał się wieśniak z folwarku w Brakenhof. Jego zegar wskazywał trzecią, a już było jasno, choć przecież to luty. Oczywiście cała wina spada na zegar, który nie został należycie wyregulowany. Więc wieśniak wstał i ruszył do pracy. Niektórzy spośród nocnych Marków, co wytrwali jeszcze w kompanii popijając piwo, przestraszyli się widząc, że noc minęła tak szybko, i zaczęli przyganiać szynkareczce, mówiąc, iż cofnęła wskazówki zegara. Kupcy, którzy chcąc wyruszyć o siódmej nastawili budziki na szóstą, obudzili się nagle, widząc, że jest jasno, wyskoczyli czym prędzej z łoża i pobiegli do dyliżansu ani nawet myśląc o śniadaniu. Dyliżansu jeszcze nie było.
- Musiałem zapomnieć o nakręceniu zegara - rzekł woźnica.
Na dworze króla Heroda słudzy biegali we wszystkie strony. Na początek zwolniony został główny kontroler zegarów dworskich. Natomiast dowódcy wojska zmyto uroczyście głowę, gdyż nie wyruszył natychmiast, jeszcze w nocy do Betlejem, by dokonać tam straszliwej rzezi niewiniątek. Wreszcie oddział zaczął maszerować, miasteczko zostało otoczone i na sygnał trąbki żołnierze niby wilki rzucili się do domów, wyrywali dzieci z rąk matek i zabijali sztyletami i mieczami.
- Została jeszcze ta mała stajenka! - krzyknął dowódca.
Ale jaki zawód ich spotkał, kiedy tam dotarli. Szopka zawaliła się całkowicie, a jeden wieśniak mieszkający w pobliżu rzekł:
- Ludzie, którzy tam byli, musieli uciec. Wczoraj przyszli Trzej Królowie, by złożyć pokłon Dziecięciu.
Dowódca, nie panując nad sobą z gniewu, wykrzyknął:
- Ale w takim razie Dzieciątko było właśnie tym nowym Królem, którego mieliśmy zabić. Naprzód, za nimi! Pewien sprytny oficer pokazał mu na miękkiej ziemi odciski stóp Maryi i Józefa.
- Tym śladem trzeba iść. Za godzinę będą w naszych rękach! Żywcem dostarczymy nowego Króla królowi Herodowi, żeby własnoręcznie mógł mu skręcić kark!
Konie ruszyły galopem, trzymając się śladów.
Musimy pamiętać, że Anioł Stróż szedł niewidzialny za Świętą Rodziną. Anioł ów zajmował się światłem, wiatrem, baczył na chmury i co jakiś czas przykładał zwiniętą dłoń do oczu, by zbadać, czy nie grozi jakieś niebezpieczeństwo. O kaganku nie ma już nic więcej do powiedzenia, poza tym, że zgasł ze wstydu ledwie ujrzawszy promieniste oblicze słońca. A noc zrzuciła czym prędzej swój czarny płaszcz, tak że nikt już nie mógł jej zobaczyć.
Józef i Maryja szli szybko swoją drogą. Józef niósł Dzieciątko, niósł wszystko, swoje narzędzia, tobołek z pieluszkami, troski i myśli, a Maryja opierała się na jego ramieniu.
- Taka jestem zmęczona - rzekła.
- Zaraz trochę odpoczniemy - odpowiedział Józef.
Mieli właśnie przysiąść na pniu, kiedy jakiś chrapliwy okrzyk sprawił, że Maryja zerwała się na równe nogi z przerażenia. Rozejrzeli się dokoła. Na pobliskiej łące pasł się i ryczał osioł, tak że robił wrażenie zardzewiałej pompy.
- Gdybyśmy mieli osiołka! - szepnął święty Józef. I oto nagle osioł przebrnął ociężale strumyk i przez nikogo nie proszony zbliżył się do nich. Prawdę mówiąc niezupełnie nie proszony, gdyż niewidzialny Anioł Stróż podszedł do niego na łące i szepnął mu do ucha:
- Nie upieraj się, osiołku, chodzi o naszego Pana. - I dokładnie opowiedział mu wszystko, co się przydarzyło, zalecając, by sprawował się dobrze, jak przystało na stworzenie dobrze wychowane, i obiecując, że zasłuży sobie na dobre imię w świętych księgach.
- Czy stanę się równie piękny jak koń? - spytał żywo osiołek.
- To nie - odparł anioł - tego, co raz zostało już stworzone, nie można zmienić, lecz twoje imię będzie bardziej szanowane niż imię najlepszego konia, gdyż zostaniesz nazwany konikiem Bożym.
- Co mi tam po imieniu - rzekł osiołek. - Wolałbym być koniem bez imienia niż osłem z dobrym imieniem. Chętnie uczynię to, o co mnie prosisz, ale tylko z wdzięczności wobec Pana Boga, a jeśli niczego nie można zmienić, zadowolę się tym, że zostanę osiołkiem bez imienia. Anioł zaprowadził osła do świętego Józefa, który pogłaskał mu przyjaźnie łeb między oczami.
- Dobre zwierzę - powiedział. - Ach, gdybyśmy mieli takie bydlę. Osiołek spojrzał na Dzieciątko, które patrząc błękitnymi oczętami bawiło się w ramionach Maryi okryte cieniem wielkiego płaszcza z kapturem.
- Więc to jest Pan Bóg, który stworzył wszystkie rzeczy i przyszedł, żeby zbawić ludzkość? - pomyślał osiołek nieco rozczarowany.
- Jeszcze jedna rzecz, której nie pojmuję ni w ząb - ciągnął w myślach. - Co jeszcze wymyśli człowiek? Jest już panem koni i osłów. Czyż nie lepiej byłoby, żeby Pan przyszedł zbawić osły? Naturalnie nie pojmuję tego, gdyż jestem właśnie osłem. Gdybym był koniem, wszystko wydałoby mi się jasne.
Tak to osiołek medytował nad wieloma jeszcze innymi sprawami, ale ponieważ nie mógł niczego pojąć, przestał wytężać umysł i zaczął szukać ostów w pobliżu zwalonego drzewa. Znalazł piękne nawet, twarde i soczyste, nadające się do zjedzenia razem z korzeniami.
- Chodź, Maryjo, może poszlibyśmy dalej?
Maryja westchnęła, oparła się na ramieniu Józefa i podjęli poranny marsz w blasku promieni słonecznych, chłodnych jeszcze, ale już świetlistych. I oto osiołek ruszył wraz z nimi obok świętego Józefa.
- Idź, idź sobie, poczciwy bydlaku - rzekł starzec. - Wracaj na swoją łąkę. Nie jesteś nasz.
Nic z tego, osiołek szedł za nimi. Święty Józef wygłosił mu jeszcze kazanie o niewierności i uporze, ale ponieważ to także do niczego nie doprowadziło, rzekł w końcu:
- No dobrze. Jeśli koniecznie chcesz pójść z nami, nie mogę ci w tym przeszkodzić, ale umywam ręce i mam czyste sumienie. Jeśli kiedyś zdołamy tu wrócić, załatwię sprawę z właścicielem. A zwróciwszy się do Maryi, rzekł:
- Sam Bóg przysłał nam tego poczciwego osiołka, więc wsiądź na niego.
Stała się rzecz dziwna, osiołek zgiął kolana, by łatwiej było usiąść na jego grzbiecie, a potem ruszył ze swoim świętym brzemieniem krokiem tak szybkim, że święty Józef musiał się namęczyć, żeby dotrzymać mu kroku. Ale myślał sobie z zadowoleniem:
- Teraz już z pewnością Herod nie zdoła nas doścignąć! Anioł jednak nie osłabiał czujności i, kiedy tak patrzył w dal, usłyszał nagle kroki zbliżających się żołnierzy Heroda. Przez chwilę polatywał to tu to tam jak zraniony ptak, niepewny, co czynić. Wtenczas wyleciał mu na spotkanie inny anioł, anioł dobrej myśli. Aniołowie latają sobie bowiem w wielkiej liczbie, niby motyle nad łąką, a każdy ma swoje imię i swoje obowiązki.
- O Światło Niebiańskie! - wykrzyknął Anioł Stróż. - Nasz Pan Bóg jest w niebezpieczeństwie. Ściga Go Herod! Co mam czynić?
- Wezwij rozsypywaczy śniegu, o Srebrzysty Wartowniku - rzekł Światło Niebiańskie i poleciał do jakiegoś artysty albo proroka.
Wtenczas Srebrzysty Wartownik zadął w swój róg. Rozsypywacze śniegu, nader zajęci sporządzaniem nowych kryształowych gwiazdek, od razu pojęli, w czym rzecz. Niektórzy z nich wywinęli koziołka, a znalazłszy się na dole, wymienili parę słów z Aniołem Stróżem i szybciutko wzbili się z powrotem do nieba. W mgnieniu oka zagęściły się na północy czarne chmury, słońce znikło, światło stało się posępne i szare, i wielkimi płatkami spadł na ziemię śnieg. Łatwo sobie wyobrazić, w jaką wściekłość wpadł dowódca wojska. Odciski stóp zniknęły pod śniegiem i na rozstajach musiał zatrzymać się, zbity z pantałyku. Posłał swoich żołnierzy we wszystkich kierunkach, a sam przez czysty przypadek wybrał z oddziałem drogę właściwą.
Kiedy Anioł Stróż pojął, jakie niebezpieczeństwo nad Nimi zawisło, zaczął latać z niepokojem to tu, to tam. Cóż począć teraz. Spostrzegł nagle wielkie drzewo o wypróchniałym pniu i z gniazdem sroczym wśród gałęzi. A gdyby tak ukryć Świętą Rodzinę w zagłębieniu pnia i rozwiesić z przodu wielką pajęczynę, jak czyta się często w starych opowieściach? Ale mogło się zdarzyć, że dowódca wojska też zna te opowieści i nie da się zwieść.
- Drzewo, drzewo moje kochane, pomóż nam! - wykrzykną Srebrzysty Wartownik.
I oto zerwał się mocny wiatr, tak że drzewo przygięło się do samej ziemi i trwało mocno w tej pozycji. Albo właściwie to anioł przytrzymał je ze wszystkich sił. Wtenczas Światło Niebiańskie natchnął świętego Józefa, by ten powziął zbawczą myśl.
- Maryjo, wejdź do gniazda!
I od razu gniazdo stało się wielkie jak tron. Maryja usiadła w nim z Dzieciątkiem, a święty Józef zajął miejsce obok.
- Wejdź, osiołku - rzekł anioł - starczy miejsca i dla ciebie.
- Hę, hę - odparł ze śmiechem osioł. - Chcecie wystawić mnie na pośmiewisko! Skoro nie mogę stać się koniem, nie chcę też siedzieć na drzewie jak ptak.
Wtedy anioł puścił koronę drzewa, które powoli wyprostowało się. Wkrótce potem nadciągnęli żołnierze.
- Z koni! - rozkazał dowódca podoficerowi. - A obejrzyjcie dokładnie wydrążony pień i zobaczcie, czy przypadkiem nie ma z przodu pajęczyny!
- Nikogo! - wykrzyknął podoficer. - Jest tylko osioł, który pokazuje nam ogon.
- Przeklęty osioł! - mruknął dowódca pod nosem.
Zarówno osioł, jak żołnierz poczuli się urażeni. Podoficer wskazał kapitanowi wielkie gniazdo.
- Przeklęte gniazdo! - ryknął dowódca i dosiadłszy koni ruszyli dalej.
Śnieg przestał padać. Chmury się rozproszyły i na zachodzie słońce zaczęło chylić się nad widnokręgiem niby wielka kula ognia.
- Maryjo - powiedział Józef, wskazując na błękitny skrawek pod słońcem - tam jest morze. Jutro znajdziemy jakiś okręt.
I znowu pojawiła się noc w swoim płaszczu z gwiazd, które lśniły jak nigdy dotąd. Józef i Maryja pozostali spokojnie w ciepłym gnieździe. Osioł dla zabicia czasu na zmianę wtykał łeb albo zadek w zagłębienie w drzewie, by ogrzać się ze wszystkich stron.
Wcześnie rano drzewo pochyliło się znowu ku ziemi i wszyscy poszli ścieżką wśród pól, aż dotarli do morza. Morze tworzyło na brzegu cudowne koronki, jakich nie ma nawet w Brugii. Na piasku leżały muszle niby wielobarwne kwiaty. Naturalnie znalazła się tam barka z przewoźnikiem, który choć kudłaty i spalony od słońca, był może także przebranym aniołem i oznajmił, że gotów jest przewieźć ich na drugi brzeg. Mały stateczek wypłynął na morze. Byli uratowani! Osiołek został na brzegu i patrzył, gdyż nie chciał wejść za nic w świecie do łodzi. Wrócił mu jego zwykły upór. Ale tak to już jest, w przeciwnym przypadku bowiem nie byłby osłem! Patrzył, jak się oddalają i pożegnał ich machaniem ogona.
Felix Timmermans, Leggende cristiane, Milano 1963, s. 503-510

"Święty Roch i raj dla zwierząt":
Żył niegdyś święty Roch. Był to
wielki święty, który przemierzał drogi całego świata i leczył ludzi oraz
bydlęta z wścieklizny. Szedł zawsze za psem, który zwał się Roszek, a
którego kochał bardzo, gdyż pies uratował mu raz życie. Pies też był
światy, na swój sposób. Lizał rany, które pielęgnował jego pan. i rany
zamykały się raz na zawsze.
Święty Roch i Roszek nigdy nie rozstawali, nie do pojęcia był jeden bez drugiego, jak nic można pojąć dzwonu bez serca albo niewiasty bez złośliwości.
Pewnego razu święty Roch umarł. Umierają wszyscy, nawet święci. A po jego śmierci pies zaczął wyć i on też odszedł z tego świata. Miał małą, leciutką duszyczkę, tak że dotarł do bram raju równocześnie ze świętym.
Święty Roch zastukał kijem pielgrzymim i wymienił swoje imię. Uzdrowił mnóstwo nieszczęśników, więc byt pewien. A wkroczy do raju główną bramą. Święty Piotr pospieszył, otworzył odrzwia o dwóch skrzydłach, ale zaraz otworzył szeroko też oczy patrzące spod okularów. Za cieniem świętego ujrzał cień psa.
- Precz mi stąd! Nie ma dla psów miejsca w raju!
- Trzeba jednak znaleźć temu psu jakieś miejsce - odparł święty Roch. - Jesteśmy nierozłączni. Uratował mi życie i jest także na swój sposób święty.
- Dajże pokój! Też mi opowiadanie! Także mnie pewien kogut uratował duszę, skłaniając do skruchy. Czyż jednak przywiodłem go ze sobą, kiedy przybyłem tutaj? Nie przywiodłem go nawet do wejścia, nawet w pobliże Aniołów Bożych! Nie, mój drogi, kogut pozostał na zewnątrz, a ja wszedłem do środka. Twój pies uda się do mojego koguta, ty zaś połączysz się ze świętymi, którzy już na ciebie czekają! Idziemy! Mam dokładne rozkazy, jak ci już powiedziałem.
- Zatem trudno - rzecze uparty święty Roch. - Skoro Roszek nie wejdzie do raju, nie wejdę i ja. Wolę psa, którego znam, od twojego raju, którego jeszcze dobrze nie poznałem!
- Skoroś taki grubianin - wrzasnął święty Piotr, który stracił panowanie nad sobą - idź sobie precz razem z twoim psem!
I poszli.
Co się stało z Rochem i Roszkiem? Tego nie wiem. Sądzę jednak, ze podjęli swoją wędrówkę i że ich cienie dokonywały cudów i uzdrawiały ludzi z wścieklizny.
Mówiono o nich na całym świecie. Papież, który był sprawiedliwy, chciał ich jakoś wynagrodzić. Z Rocha uczynił z całą ceremonią prawdziwego świętego i rozkazał, by w jego kościele wystawiono obraz, na którym nowy święty byłby przedstawiony z psem. W gruncie rzeczy w ten sposób kanonizował także Roszka, choć nie padło na ten temat ani słowo.
Kiedy wieść o tym doszła do raju, Ojciec Wiekuisty kazał wezwać świętego Jana Chrzciciela, który był wszak pierwszym świętym, i rzekł:
- Mamy więc zacną duszę imieniem Roch. Papież zrobił z niego świętego, musicie go odszukać i sprowadzić tutaj. Chcę go zobaczyć i złożyć mu powinszowanie. Trzeba też powiedzieć świętej Cecylii, żeby pomyślała o jakiejś oprawie muzycznej.
Jan Chrzciciel biegał przez trzy dni i noce, ale było to tak jakby szukał jaskółek w zimie. Wpadł w zakłopotanie i pomyślał, że trzeba naradzić się ze świętym Piotrem.
Dobry klucznik nie zapomniał o historii człowieka z psem. Kiedy usłyszał, że ów człowiek został naprawdę świętym i że Ojciec Wiekuisty chce się z nim widzieć, trochę się strapił. Lękał się, że spotka go kara za to, iż działa z własnej inicjatywy. Święty Jan, który miłował wielce świętego Piotra, pocieszał go jak umiał i obiecał, że wszystko będzie w porządku.
Wrócił więc przed oblicze Ojca Wiekuistego i rzecze:
- Panie, wybacz mi głupotę. Od trzech dni i nocy szukam daremnie naszego nowego świętego, ale nigdzie go nie ma. Trzydzieści lat temu stanął pewnego wieczoru u bram raju, ale byt 7 psem, a ponieważ święty Piotr nie chciał wpuścić psa, święty Roch poszedł sobie i nie mam pojęcia, gdzie przebywa.
Ojciec Wiekuisty zaczął rozmyślać, a kiedy wszyscy w raju usłyszeli, że rozmyśla, zapadła cisza. Potem rzekł:
- No dobrze. Święty Piotr jak zawsze wykonuje sumiennie swoje obowiązki. Ale święty Roch wróci, gdyż tego chcę. Zatrzyma sobie psa. Pozwólcie wejść jemu i psu. Zrobię wyjątek.
Kiedy świętemu Piotrowi doniesiono o tym, zmienił się na twarzy. Ładny wyjątek!
- Tak, tak - rzekł - pozwolimy wejść psu Rocha! Zobaczycie, że w ślad za nim pójdą wszystkie zwierzęta, jakie były stworzone! Wkrótce nie da się tu, w raju, mieszkać.
I z rozdrażnieniem otworzył tylną bramę, ale nie chcąc patrzeć na psa, schronił się do stróżówki i poprosił Zacheusza o zastępstwo. Zacheusz, który kochał bardzo zwierzęta, gdyż byt niskiego wzrostu, stanął na progu i krzyknął ile sil w płucach:
- Roszek do nogi! Chodź, Roszku, chodź, bo dobry Bóg chce cię zobaczyć!
I oto stawili się Roch i Roszek. Święty uśmiecha się z duma. wybija mocno krok sandałami pielgrzyma i odwraca się co dziesięć kroków, żeby pogłaskać Roszka, który liże go po rękach i wymachuje ogonem niby pióropuszem. Stawił się cały raj, aniołowie, cherubini, archaniołowie, święci obojga płci, wszyscy tłoczyli się, żeby zobaczyć, jak przechodzi pełen wdzięku piesek, który węszył miłe wonie raju i zdawał się śmiać z ukontentowania.
Była to wspaniała uroczystość. O świętym Rochu prawie zapomniano. Wszystkie pieszczoty, przysmaki, a nawet muzyka były dla Roszka. A święty Roch, który tak kochał swojego psa. był nader zadowolony, że jego samego tak zaniedbano.
Kiedy minęła pierwsza chwila radości, w tłumie nastąpiło poruszenie i pojawił się święty Piotr z włosami w nieładzie, spojrzeniem surowym i kluczami w dłoni.
- Panie - rzekł, zwracając się do Ojca Wiekuistego, który uśmiechał się do Roszka skulonego u jego stóp. - Panie, oddaję ci klucze. Nie będę odźwiernym dla psów.
A Ojciec Wiekuisty ciągle uśmiechał się, nic nie mówiąc. Święty Piotr dodał:
- Panie, zresztą to niesprawiedliwe. Czemuż to pies świętego Rocha ma być samotny? Skoro brama raz została otwarta, moim zdaniem, inne zwierzęta też powinny tu wejść.
Ojciec Wiekuisty ciągle się uśmiechał.
Święty Piotr ciągnął:
- Panie, jeśli chcesz, bym nadal sprawował pieczę nad kluczami, powinieś wpuścić tu mojego koguta. Siedzi na wszystkich dzwonnicach i wzywa grzeszników do pokuty. W ten sposób także można zostać świętym!
- Wpuśćmy więc i koguta - rzekł wówczas Ojciec Wiekuisty, nie przestając się uśmiechać - będzie to kolejny wyjątek!
W tym momencie wybuchła sprzeczka. Wszyscy święci, którzy kochali jakieś zwierzęta, zaczęli protestować i bronić swojej sprawy.
- A moja gołębica? - mówił Noe. - Moja gołębica, która przyniosła mi gałązkę oliwną?
- A kruk, który karmił mnie na pustyni? - rzekł Eliasz.
- A mój pies, który merdał ogonem? - żalił się Tobiasz.
- A oślica, która prorokowała, kiedym na niej siedział? - wtrącił się Balaam.
- A wieloryb, który przez trzy dni gościł mnie w brzuchu?
- dodał Jonasz.
- A prosiaczek, który uratował mnie od nudy? - rzekł święty Antoni.
- A łania - dorzucił święty Hubert - która niosła krzyż na głowie?
- A brat wilk i bracia ptaki, i siostry ryby? - zabrał głos święty Franciszek.
- A mul, który przyklęknął przed hostią - powiedział ten drugi święty Antoni.
O, przyjaciele moi, zrobiło się doprawdy niezłe zamieszanie. Ale Ojciec Wiekuisty, który ani na chwilę nie przestał się uśmiechać, nakazał skinieniem ciszę i oznajmił:
- Ten pies, który przywarł do moich stóp, sprawia, że aż tło mego serca wzbija się, niby modlitwa, ciepło jego dobroci. Pokój zwierzętom. Zwierzęta kochane przez świętych mają w sobie coś więcej niźli inne, mają jakby duszę. Niechaj wejdą. Każdy z was wprowadzi zwierzę, które było mu przyjacielem.
Ujrzano wtedy przedziwną procesję. Zwierzęta cztero- i 'dwunożne, zwierzęta okryte sierścią i piórami, ptaki i ryby, sunęły powoli ku tronowi Boga. I we wszystkich tych zwierzętach była wielka dobroć, która jeszcze jaśniejszym czyniła splendor raju.
Jakiś młodziutki święty, który byt bardzo dowcipny, rzekł ze śmiechem:
- Wygląda to jak arka Noego! A święty Augustyn odparł:
- No właśnie! Arka Noego była obrazem raju! Jezus opuścił wówczas swoje spojrzenie, które widzi wszystko, na tę zgromadzoną rzeszę, co czciła Go bez słów, i rzekł:
- Nie ma tu jednak wszystkich. Brakuje osiołka i wołu, które ogrzewały Mnie swoim oddechem, kiedy byłem malutki.
Więc osiołek i wół pojawiły się za chwileczkę. Stały już bowiem przy wejściu, czekając na swoją kolej. A Jezus pogłaskał je z uśmiechem.
Święty Roch i Roszek nigdy nie rozstawali, nie do pojęcia był jeden bez drugiego, jak nic można pojąć dzwonu bez serca albo niewiasty bez złośliwości.
Pewnego razu święty Roch umarł. Umierają wszyscy, nawet święci. A po jego śmierci pies zaczął wyć i on też odszedł z tego świata. Miał małą, leciutką duszyczkę, tak że dotarł do bram raju równocześnie ze świętym.
Święty Roch zastukał kijem pielgrzymim i wymienił swoje imię. Uzdrowił mnóstwo nieszczęśników, więc byt pewien. A wkroczy do raju główną bramą. Święty Piotr pospieszył, otworzył odrzwia o dwóch skrzydłach, ale zaraz otworzył szeroko też oczy patrzące spod okularów. Za cieniem świętego ujrzał cień psa.
- Precz mi stąd! Nie ma dla psów miejsca w raju!
- Trzeba jednak znaleźć temu psu jakieś miejsce - odparł święty Roch. - Jesteśmy nierozłączni. Uratował mi życie i jest także na swój sposób święty.
- Dajże pokój! Też mi opowiadanie! Także mnie pewien kogut uratował duszę, skłaniając do skruchy. Czyż jednak przywiodłem go ze sobą, kiedy przybyłem tutaj? Nie przywiodłem go nawet do wejścia, nawet w pobliże Aniołów Bożych! Nie, mój drogi, kogut pozostał na zewnątrz, a ja wszedłem do środka. Twój pies uda się do mojego koguta, ty zaś połączysz się ze świętymi, którzy już na ciebie czekają! Idziemy! Mam dokładne rozkazy, jak ci już powiedziałem.
- Zatem trudno - rzecze uparty święty Roch. - Skoro Roszek nie wejdzie do raju, nie wejdę i ja. Wolę psa, którego znam, od twojego raju, którego jeszcze dobrze nie poznałem!
- Skoroś taki grubianin - wrzasnął święty Piotr, który stracił panowanie nad sobą - idź sobie precz razem z twoim psem!
I poszli.
Co się stało z Rochem i Roszkiem? Tego nie wiem. Sądzę jednak, ze podjęli swoją wędrówkę i że ich cienie dokonywały cudów i uzdrawiały ludzi z wścieklizny.
Mówiono o nich na całym świecie. Papież, który był sprawiedliwy, chciał ich jakoś wynagrodzić. Z Rocha uczynił z całą ceremonią prawdziwego świętego i rozkazał, by w jego kościele wystawiono obraz, na którym nowy święty byłby przedstawiony z psem. W gruncie rzeczy w ten sposób kanonizował także Roszka, choć nie padło na ten temat ani słowo.
Kiedy wieść o tym doszła do raju, Ojciec Wiekuisty kazał wezwać świętego Jana Chrzciciela, który był wszak pierwszym świętym, i rzekł:
- Mamy więc zacną duszę imieniem Roch. Papież zrobił z niego świętego, musicie go odszukać i sprowadzić tutaj. Chcę go zobaczyć i złożyć mu powinszowanie. Trzeba też powiedzieć świętej Cecylii, żeby pomyślała o jakiejś oprawie muzycznej.
Jan Chrzciciel biegał przez trzy dni i noce, ale było to tak jakby szukał jaskółek w zimie. Wpadł w zakłopotanie i pomyślał, że trzeba naradzić się ze świętym Piotrem.
Dobry klucznik nie zapomniał o historii człowieka z psem. Kiedy usłyszał, że ów człowiek został naprawdę świętym i że Ojciec Wiekuisty chce się z nim widzieć, trochę się strapił. Lękał się, że spotka go kara za to, iż działa z własnej inicjatywy. Święty Jan, który miłował wielce świętego Piotra, pocieszał go jak umiał i obiecał, że wszystko będzie w porządku.
Wrócił więc przed oblicze Ojca Wiekuistego i rzecze:
- Panie, wybacz mi głupotę. Od trzech dni i nocy szukam daremnie naszego nowego świętego, ale nigdzie go nie ma. Trzydzieści lat temu stanął pewnego wieczoru u bram raju, ale byt 7 psem, a ponieważ święty Piotr nie chciał wpuścić psa, święty Roch poszedł sobie i nie mam pojęcia, gdzie przebywa.
Ojciec Wiekuisty zaczął rozmyślać, a kiedy wszyscy w raju usłyszeli, że rozmyśla, zapadła cisza. Potem rzekł:
- No dobrze. Święty Piotr jak zawsze wykonuje sumiennie swoje obowiązki. Ale święty Roch wróci, gdyż tego chcę. Zatrzyma sobie psa. Pozwólcie wejść jemu i psu. Zrobię wyjątek.
Kiedy świętemu Piotrowi doniesiono o tym, zmienił się na twarzy. Ładny wyjątek!
- Tak, tak - rzekł - pozwolimy wejść psu Rocha! Zobaczycie, że w ślad za nim pójdą wszystkie zwierzęta, jakie były stworzone! Wkrótce nie da się tu, w raju, mieszkać.
I z rozdrażnieniem otworzył tylną bramę, ale nie chcąc patrzeć na psa, schronił się do stróżówki i poprosił Zacheusza o zastępstwo. Zacheusz, który kochał bardzo zwierzęta, gdyż byt niskiego wzrostu, stanął na progu i krzyknął ile sil w płucach:
- Roszek do nogi! Chodź, Roszku, chodź, bo dobry Bóg chce cię zobaczyć!
I oto stawili się Roch i Roszek. Święty uśmiecha się z duma. wybija mocno krok sandałami pielgrzyma i odwraca się co dziesięć kroków, żeby pogłaskać Roszka, który liże go po rękach i wymachuje ogonem niby pióropuszem. Stawił się cały raj, aniołowie, cherubini, archaniołowie, święci obojga płci, wszyscy tłoczyli się, żeby zobaczyć, jak przechodzi pełen wdzięku piesek, który węszył miłe wonie raju i zdawał się śmiać z ukontentowania.
Była to wspaniała uroczystość. O świętym Rochu prawie zapomniano. Wszystkie pieszczoty, przysmaki, a nawet muzyka były dla Roszka. A święty Roch, który tak kochał swojego psa. był nader zadowolony, że jego samego tak zaniedbano.
Kiedy minęła pierwsza chwila radości, w tłumie nastąpiło poruszenie i pojawił się święty Piotr z włosami w nieładzie, spojrzeniem surowym i kluczami w dłoni.
- Panie - rzekł, zwracając się do Ojca Wiekuistego, który uśmiechał się do Roszka skulonego u jego stóp. - Panie, oddaję ci klucze. Nie będę odźwiernym dla psów.
A Ojciec Wiekuisty ciągle uśmiechał się, nic nie mówiąc. Święty Piotr dodał:
- Panie, zresztą to niesprawiedliwe. Czemuż to pies świętego Rocha ma być samotny? Skoro brama raz została otwarta, moim zdaniem, inne zwierzęta też powinny tu wejść.
Ojciec Wiekuisty ciągle się uśmiechał.
Święty Piotr ciągnął:
- Panie, jeśli chcesz, bym nadal sprawował pieczę nad kluczami, powinieś wpuścić tu mojego koguta. Siedzi na wszystkich dzwonnicach i wzywa grzeszników do pokuty. W ten sposób także można zostać świętym!
- Wpuśćmy więc i koguta - rzekł wówczas Ojciec Wiekuisty, nie przestając się uśmiechać - będzie to kolejny wyjątek!
W tym momencie wybuchła sprzeczka. Wszyscy święci, którzy kochali jakieś zwierzęta, zaczęli protestować i bronić swojej sprawy.
- A moja gołębica? - mówił Noe. - Moja gołębica, która przyniosła mi gałązkę oliwną?
- A kruk, który karmił mnie na pustyni? - rzekł Eliasz.
- A mój pies, który merdał ogonem? - żalił się Tobiasz.
- A oślica, która prorokowała, kiedym na niej siedział? - wtrącił się Balaam.
- A wieloryb, który przez trzy dni gościł mnie w brzuchu?
- dodał Jonasz.
- A prosiaczek, który uratował mnie od nudy? - rzekł święty Antoni.
- A łania - dorzucił święty Hubert - która niosła krzyż na głowie?
- A brat wilk i bracia ptaki, i siostry ryby? - zabrał głos święty Franciszek.
- A mul, który przyklęknął przed hostią - powiedział ten drugi święty Antoni.
O, przyjaciele moi, zrobiło się doprawdy niezłe zamieszanie. Ale Ojciec Wiekuisty, który ani na chwilę nie przestał się uśmiechać, nakazał skinieniem ciszę i oznajmił:
- Ten pies, który przywarł do moich stóp, sprawia, że aż tło mego serca wzbija się, niby modlitwa, ciepło jego dobroci. Pokój zwierzętom. Zwierzęta kochane przez świętych mają w sobie coś więcej niźli inne, mają jakby duszę. Niechaj wejdą. Każdy z was wprowadzi zwierzę, które było mu przyjacielem.
Ujrzano wtedy przedziwną procesję. Zwierzęta cztero- i 'dwunożne, zwierzęta okryte sierścią i piórami, ptaki i ryby, sunęły powoli ku tronowi Boga. I we wszystkich tych zwierzętach była wielka dobroć, która jeszcze jaśniejszym czyniła splendor raju.
Jakiś młodziutki święty, który byt bardzo dowcipny, rzekł ze śmiechem:
- Wygląda to jak arka Noego! A święty Augustyn odparł:
- No właśnie! Arka Noego była obrazem raju! Jezus opuścił wówczas swoje spojrzenie, które widzi wszystko, na tę zgromadzoną rzeszę, co czciła Go bez słów, i rzekł:
- Nie ma tu jednak wszystkich. Brakuje osiołka i wołu, które ogrzewały Mnie swoim oddechem, kiedy byłem malutki.
Więc osiołek i wół pojawiły się za chwileczkę. Stały już bowiem przy wejściu, czekając na swoją kolej. A Jezus pogłaskał je z uśmiechem.
Jean Quercy, Leggende cristiane, Milano 1963, s. 545-548
"Jak Święty Piotr siał grzyby":
"Najświętsza Panna z Saint-Vinol":
Linki i teksty opowiadań pochodzą ze strony portalu młodzieżowego "Apostoł".
niedziela, 5 lutego 2012
Krzyż Świętego Benedykta na ochronę przed wszelkim złem i przeciwnościami.
|
Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie,
elejson.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami. Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami. Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami. |
||
|
|
||
|
Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego,
wybaw nas.
Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas. Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas. Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas. Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas. Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas. Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas. Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas. Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas. Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas. Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas. |
|
|
|
|
||
|
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie. Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami. K. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją. W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego. Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
I Artyści potrzebują ochrony Pana Boga ;) A co! :)
|
||
Etykiety:
Amen,
depressed,
Dla strapionych,
Jezus,
Krzyż Pański,
Krzyż Świętego Benedykta,
Litania,
Modlitwa,
Nadzieja,
Ochrona Ducha Świętego,
Pan Bóg,
Serce,
stan depresyjny
sobota, 4 lutego 2012
niedziela, 22 stycznia 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















